2006-07-08
Nie jest tak, że czasami nic mi się nie śni. Śni się zawsze, śni co noc.

Czasem jednak są to tylko wymięte entropią kawałki marzeń sennych, których rano nie sposób odprasować, przelewając na kartkę.

Ostatnie dni były wyjątkowo sennie bezpłodne - z jednej strony ogrom pracy sprawił, że kładłem się spać wykończony i sypiałem mało, z drugiej upał nie sprzyjał zagłębianiu się w krainie snów, z trzeciej wreszcie to, co mimo wszystko wyśniłem, było pokawałkowane i niewarte uwagi.

Ot, sny o przyjaciołach, wywołane niepokojem lub tęsknotą za nimi.


Ot przygotowania do jakiegoś wyjazdu. Teleportacje, traktowane jak coś zwykłego. W tle miasto, które jakoś dziwnie się zmienia, już nie pomnę, jak. Naraz zaczyna je pochłaniać złowrogi mrok. Zbliża się jakaś burza potworna, coś straszliwego (tę burzę sobie wyśniłem, deszczowa nawałnica obudziła mnie dziś po południu, gdy odsypiałem kolejną noc pracy do rana).

Ot, sen o spotkaniu z moją nauczycielką z NKJO, której początkowo nie cierpiałem, a która nauczyła mnie tyle, co chyba żadna inna. Spotkaniu w księgarni - trochę jak eMPiK, ale większej i urządzonej z większym smakiem, przypomina mi dom towarowy w jednym z zachodnioeuropejskich państw. Ta księgarnia to, uświadamiam sobie, stały motyw w moich snach.

Ot, takie senne strzępki.
right_geek 23:38

Komentarze: